New York! [dużo zdjęć]


Nie spodziewałam się, że moje posty o Stanach aż tak Wam się spodobają! To cudowne czytać tak miłe słowa, kilka razy się naprawdę mocno wzruszyłam czytając komentarze i maile... Bardzo Wam dziękuję, jesteście najlepsi! ♥
Z wielka chęcią zasiadam do opisu kolejnego etapu podróży - tym razem na cel obraliśmy Nowy Jork!
Uwaga, w poście jest olbrzymia ilość zdjęć - wiele z Was prosiło, żebym wrzucała ich więcej, mam nadzieję że będzie ok. :))

Już sam dojazd do NY był pełny przygód. Ruszyliśmy dopiero po południu, ponieważ było trochę problemów z wynajęciem samochodu (D. ma tutaj samochód, ale mocno nim trzęsie, ciężko byłoby wytrzymać w nim tyle godzin). W końcu się udało, ale dość szybko mieliśmy pierwszy postój - jedzonko! Wybraliśmy kiepsko, taką mała, dziwną azjatycka knajpkę. Pierwszym co mi się w niej nie spodobało było to, że jak poprosiliśmy o coś wegańskiego to malutki pan zaproponował nam pierogi z wieprzowiną... O.o Udało się jednak dogadać i zjedliśmy makaron na zimno z sezamowym sosem. ;)

Dalsza droga była cudowna! Długo jechaliśmy wzdłuż parku narodowego o którym pisałam poprzednio, więc widoki były piękne. Po jakimś czasie znów zatrzymaliśmy się na jedzenie, gdzie na deser zamówiłam maleńkie naleśnikowe kulki o nazwie... Puppies! Wiecie jak dziwnie jet prosić o 10 szczeniaczków? :D
Wrzucam kilka zdjęć z trasy. :)



 Jadąc zobaczyliśmy coś dziwnego: :D


Przejechaliśmy przez Zachodnią Wirginię, Pensylwanię, Maryland i New Jersey żeby wreszcie trafić w okolicę Nowego Jorku. Ok północy trafiliśmy do jedynego hotelu jaki znaleźliśmy, był z tym problem! Okazał się bardzo drogi, ale nie mieliśmy innego wyjścia (chociaż później się dowiedzieliśmy, że przez małą konkurencje  hotele maja masakrycznie wysokie ceny i zazwyczaj wszystkie kosztują tyle samo, dobre i złe - za 3 osoby ok 150$...). Ale przynajmniej wyglądał świetnie, a śniadanie rano było pyszne. Mieli nawet maszyny do robienia gofrów, więc zrobiłam sobie i D. gofry z bananami, syropem klonowym i czekoladowymi groszkami. :D

Po śniadaniu nadszedł czas na pojechanie na stacje kolejową - pchanie się samochodem do Nowego Jorku to morderstwo dla portfela i nerwów. ;) Mieliśmy jednak problem z zaparkowaniem, bo wszędzie były parkometry do 1 lub 5h, a parkingi zamykają o 22... Wiedzieliśmy, że na pewno wrócimy później. D. spytał o całodobowy parking stojącego w pobliżu starszego meksykanina i spotkała nas miła niespodzianka. Powiedział, że żadnego nie zna, ale on jest z kościoła obok i śmiało możemy parkować na jego terenie, bezpłatnie i tak długo jak chcemy, trzeba pomagać. To było tak niesamowicie podnoszące wiarę w ludzi! :)

Wiara i religia jest spotykana na każdym kroku w Stanach. W radiu jest masa religijnych piosenek (głównie popowych), kościoły widzi się z każdej strony, a na samochodach wszędzie są napisy "In God we trust" -  tak samo zresztą jak na banknotach.
W Charlottesville jest kościół wojskowy, gdzie każdy jest w mundurze. Trochę dziwnie nam się to kojarzyło, ale Liz powiedziała, że są to przemili ludzie i organizują żywność dla biednych. To jest niesowite w USA - każdy jest tak pomocny! W każdym kościele można uzyskać wsparcie, organizowane są lekcje muzyki dla biednych dzieci, mnóstwo ludzi się udziela i bezpłatnie pomaga, uczy, zajmuje się. Coś cudownego!

Mała zmiana tematu - w drodze na stację kolejową znaleźliśmy takiego oto grzyba:


Po zaparkowaniu znaleźliśmy stację kolejową i po godzince (trafiliśmy idealnie na odjazd poprzedniego pociągu) już pędziliśmy w stronę NY. Po dotarciu na miejsce i wyjściu ze stacji byliśmy pod mocnym wrażeniem tego, co nas otaczało. Po pierwsze - ludzie! Olbrzymia ilość ludzi! W każdym wieku, kolorze skóry, stylu, płci... Prawie każdy w dziwnym stroju, wołający, krzyczący, przepychający się. Nie było na czym skupić wzorku, dookoła panował istny chaos. Do tego masa samochodów i taksówek, ulica była od nich cała żółta. I co chwila ktoś trąbił!

I coś, co przeszkadzało mi najbardziej... zapach! Co chwila po okolicy roznosiły się okropne zapachy, aż trudno było oddychać. Na ulicach stoją worki pełne śmieci, w połączeniu ze strasznym upałem jaki teraz tam panuje to naprawdę nie jest dobre połączenie...

Czyli hałas, chaos, upał i smród - Nowy Jork nie zachwycił mnie od pierwszego wejrzenia... ;)




A tutaj Kropka-fotograf. ;)


Zwiedzanie tego słynnego miasta zaczęliśmy jak to my - od jedzenia. :P Blisko stacji była malutka wegańska knajpka gdzie zjedliśmy same mega pyszne rzeczy! Wzięłam sojowe kotleciki w pysznym sosie, z brązowym ryżem, jarmużem robionym na parze i smażonymi fasolkami szparagowymi... Mniam!

Spotkała nas tam kolejna ciekawa przygoda. Było to niewielkie, bardzo zatłoczone miejsce, ale na szczęście jeden stolik był dla 4 osób i siedział tam tylko jeden młody człowiek, wyglądający na biznesmena, kończący swój obiad. Jak tylko nas zauważył to od razu powiedział, że zaraz nam zwolni miejsce i zaczął z nami rozmawiać w bardzo podekscytowany sposób, głównie o weganizmie. Od razu prosił żebyśmy byli znajomymi na Facebooku, to będziemy mogli rozmawiać do woli. Chwalił się swoimi nowymi butami z vege sklepu, że są takie świetne, a człowiek stojący obok podczepił się do rozmowy i również je zachwalał, bo też ma. :D I nagle w środku maleńkiej restauracji, pomiędzy obcymi sobie ludźmi, w obcym nam mieście rozwinęła się żywa rozmowa pełna radosnych okrzyków, śmiechu i zaproszeń. To było pierwsze, co polubiłam w tym mieście - ludzką otwartość.

Po obiedzie wyruszyliśmy w stronę Times Square, oglądając po drodze miasto i dziwiąc się co krok. Weźmy na przykład przechodzenie przez ulicę - każdy miał gdzieś światło, przechodził jak chciał, byleby tylko samochód go nie przejechał. Ludzie zatrzymywali się na środku ulicy żeby pogadać, a potem wkurzali się na trąbiących kierowców...





Po drodze często mijały nas dorożki, takie jak ta:


Po całym Times Square krąży masa przebranych ludzi - Spider Man, Iron Man, Myszka Minnie, Elsa i Olaf, Hello Kitty... :)



Times Square to dziwne miejsce! Pełne głośnych ludzi i migających reklam, co chwile ktoś się obok mnie przepychał i coś wołał, a wszędzie roiło się od wielkich sklepów. Byliśmy zmęczeni, więc raczej do nich nie wchodziliśmy, a jedynie chłonęliśmy dziwną rzeczywistość dookoła nas.




Nie obyło się oczywiście bez selfie - D. ostatnio bardzo je polubił. :D


Spacerując trafiliśmy na sklep MACa - nie chciałam tam wchodzić, ale w końcu D. mnie przekonał że muszę mieć od nich szminkę, żeby móc o niej napisać na blogu. ;P To jego stały argument - wiecie ile rzeczy kupiłam (mimo że chciałam oszczędzać) za jego namową? :D
Miły i bardzo mocno umalowany pan pomógł mi wybrać kolor, piękny intensywny róż (Impassioned). Jak pokazałam się w nim D. i M. to zrobili mi małe pranie mózgu, że przecież nie mogę wyjść z jedną, jak to tak (namawianie jest u nich chyba rodzinne), co najmniej dwie. Więc grzecznie wróciłam do miłego pana i dobrałam jeszcze pięknego nudziaka (Brave). ;)
I powiem Wam że jestem zachwycona! Ok, gryzą mnie wyrzuty sumienia że tyle wydałam na szminkę, ale jakościowo są genialne. ♥ Miałam kiedyś o nich kiepska opinię, używałam jednej parę razy i była naprawdę średnia, ale chyba była to felerna sztuka.

Na paznokciach mam mojego nowego OPI - Pink-ing of you, a na dłoni ślady po sprawdzaniu kolorów szminek. ;)


A tutaj moja radość po zakupie obu szminek: :D


Po obejrzeniu Times Square postanowiliśmy zobaczyć Central Park, bo byliśmy naprawdę blisko. I powiem Wam że nie zrobił na mnie wrażenia - park jak park. ;) Serio, nasze Łazienki są o niebo lepsze i piękniejsze! A także spokojniejsze, ponieważ w Central Parku była masa biegających z psami ludzi, krzyczących studentów grających w baba jaga patrzy (to było zaskakujące - masa ludzi w moim wieku bawiąca się jak przedszkolaki, z taką samą frajdą :D), różne rodzaje boisk a na każdym coś się działo... Do tego uliczki ze światłami w środku parku! Zdecydowanie nie jest to miejsce gdzie chciałabym jakoś bardzo wrócić. ;)
Na pierwszym zdjęciu mam właśnie Brave na ustach - cudny kolor! :)


Droga i światła w parku?! O.O



D. tak się cieszy że do niego przyjechałam że aż mnie zgniata, okulary mi prawie spadły. :D ♥♥♥


W parku odpoczęliśmy na ławce i ruszyliśmy po pamiątki - obkupiliśmy się w pocztówki, breloczki i gadżety dla najbliższych. :D Kupiłam też drobiazgi na blogowy konkurs, ale ciii, co dokładnie znajdzie się w nagrodach dowiecie się jak wrócę do Polski. :D
Po zakupach było już późno, ale byliśmy strasznie głodni. Znaleźliśmy kolejną wegańską knajpkę, tym razem żydowską (w Nowym Jorku jest bardzo dużo żydów, wszędzie są napisy po hebrajsku, na wielu produktach w każdym sklepie jest informacja czy jest koszerny) z pysznym hummusem i falafelami. Mniam!
Po jedzeniu, ledwo żywi, wróciliśmy pociągiem do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód i wyruszyliśmy na poszukiwania hotelu. Niestety mieliśmy jedynie część mapy googli którą załadowaliśmy wcześniej, więc zajęło nam to strasznie duży czasu - przez kilka godzin przebyliśmy kilkanaście mil. :D Udało nam się znaleźć miejsce do spania dopiero ok 3:30, więc po dniu pełnym wrażeń spaliśmy jak zabici. ;)

Następnego dnia mieliśmy jechać dalej na północ, ale uznaliśmy że jeszcze chcemy zobaczyć trochę Nowego Jorku. Znów wsiedliśmy w pociąg i tym razem po obiedzie poszliśmy do sklepu z komiksami. :D Tego chyba o mnie nie wiecie, ale mam fioła na punkcie wielu seriali, więc to miejsce było dla mnie rajem. Dwa wielkie piętra pełne komiksów, gier, figurek, plakatów, gadżetów, kalendarzy z olbrzymiej ilości seriali, komiksów, gier, filmów... Mieliśmy tylko wejść, kupić coś dla dziewczyny M. i wyjść, a spędziliśmy tam w amoku zakupów kilka godzin. :D Genialne miejsce! Chyba własnie ten sklep najbardziej podobał mi się w wyprawy do NY. ;)

Niestety nie można było robić zdjęć w środku, dlatego wrzucam tylko dwa z zewnątrz:



Potem poszliśmy jeść i ruszyliśmy zobaczyć Statuę Wolności. Z miejsca gdzie byliśmy widok był super, ale aparat nie chciał bardzo współpracować (plus było już bardzo ciemno) - ale wrzucę to co mam. :)


Do hotelu znów trafiliśmy bardzo późno, bo ok 4. Następnego dnia wstaliśmy późno i ruszyliśmy w dalszą drogę - ale o tym następnym razem. ;)

Znów wyszedł mi gigantyczny post, ale to dlatego że nawet nie miałam miejsca gdzie mogłam go podzielić na pół. ;) Mam nadzieję, że nie przeszkadza Wam to. :D
Kolejne postaram się robić krótsze, ale częstsze - zobaczymy czy się uda, bo lubię się rozpisywać. :D

Część zdjęć nie była robiona przeze mnie, a przez M. - ma zdecydowanie więcej doświadczenia jeśli chodzi o robienie zdjęć. :) Niektóre robił mój D., ma do tego niezłe oko! :)

____________________
Po więcej postów o mojej podróży do Stanów kliknij tutaj. :)

Zapraszam na mojego fanpaga :)


 photo podpis.png

Brak komentarzy

Dziękuję za każdy komentarz, chętnie odpowiem na każde pytanie.
Proszę, nie spamujcie. :)

Back to Top